Wygłosił to zdanie Jan Ledóchowski poseł na Sejm Królestwa Polskiego, w czasie dyskusji sejmowej 25 stycznia 1831 r. nad detronizacją króla Polski Mikołaja I (był nim od l825 r. na mocy Konstytucji Królestwa Polskiego).Po wybuchu powstania listopadowego,5 grudnia 1830 r., władzę dyktatorską przejął gen. Józef Chłopicki, nie zrobił z niej jednak żadnego użytku i złożył wkrótce dyktaturę (18 stycznia 183l r.). W tym czasie zaczęły się pojawiać głosy żądające detronizacji króla Polski Mikołaja I. Byty one Zapewne związane z wydarzeniami w Belgii, w której tamtejszy parlament 24 listopada 1830 r. zdetronizował Wilhelma I i jego rodzinę Orange-Nassau. Polscy patrioci chcię1i wzorować się na tym wydarzeniu, tym bardziej że byłoby to ostateczne zerwanie z Mikołajem I i mogło przekonać wahających się do przystąpienia do powstania. Inicjatorem akcji detronizacji był poseł konecki na Sejm Roman Sołtyk. Ułożył on wraz z grupą przyjaciół wniosek o pozbawienie korony polskiej Mikołaja I. Przeczytał go wieczorem 20 stycznia na Zamku Królewskim w Warszawie. Książę Adam Jerzy Czartoryski próbował przekonać Sołtyka, aby wycofał wniosek,ponieważ nie zgadzał się z jego treścią i uważał, że może on zaszkodzić sprawie polskiej przez niepotrzebne drażnienie uczestników kongresu wiedeńskiego.
W sejmie mieli jednak przewagę zwolennicy detronizacji cara. Oliwy do ognia dolały zapowiedzi feldmarszałka lwana Dybicza, że zniszczy Warszawę i pokona polską armię. W czasie sesji sejmu 25 stycznia opozycyjnym senatorom i posłom grożono śmiercią jeśli sprzeciwią się wnioskowi, oraz zapowiadano, że zostaną uznani za zdrajców. Do zwolenników detronizacji przyłączyli się kaliszanie, czyli 1egalna opozycja sejmowa sprzed powstania,i wielu wahających się posłów. W czasie dyskusji po wygłoszeniu mów przez Antoniego Ostrowskiego i Franciszka Wołowskiego na środek sali sejmowej wybiegł poseł Jan Ledóchowski i głośno powiedział: ,,Wyrzeknijmy więc wszyscy: nie ma Mikołaja!''
Wniosek został przyjęty, lecz w zmienionej i złagodzonej przez sekretarza Senatu
Juliana Ursyna Niemcewicza formie. W Polsce zapanowało bezkrólewie, a przyszłość tronu polskiego musiała zostać rozstrzygnięta zbrojnie.
A dla wszystkich którzy jednak są zdania że Mikołaj jest, był i będzie
sobota, 5 grudnia 2009
czwartek, 3 grudnia 2009
Syn y syn - czyli ile kosztuje palenie
Wertując stare poematy i żywoty natrafiłem na ciekawy wypis z rachunku. Oto czcigodne,nadwiślańskie miasto Chełmno, takowy wypis w swych rachunkach poczyniło:
Zapiski z ksiąg rachunkowych miasta Chełmna, dotyczące
wydatków związanych z więzieniem, badaniem, sądzeniem
i paleniem na stosie czarownic.
Dryg,: Arch, Tor" 322, nr 502, 506 522 (oryginał w języku polskim),
Wynika zatem że, palenie niewiast oddających się praktykom zabronionym drogim interesem to nie było. A przy tym można było na tym korzystnie zarobić, tak że i na przyodziewek godny starczyło. Oczywiście dziś nikomu na myśl nie przychodzi by na stosie uwędzić owe niewiasty( w Polsce przynajmniej), ale czasem jak się to i owo słyszy to aż się pudełko zapałek w kieszeni odmyka. Ale dla mnie osobiście interesujący jest jeden element całego tego rachunku.Są to rachunki MIASTA, nie zaś Kościoła czy Biskupa. To dla tych co zarzucają iż inkwizycja szalała i Kościół Matka Nasza biedne Panie palił.; warto zauważyć że taką karę przewidywało za czary prawo Państwowe. I takie prawo było jak widać egzekwowane z całą surowością i skrupulatnością.
Palenie bądź co bądź zabija- i o tym pamiętajmy.
Na koniec mała refleksja -ciekawi mnie sprawa ile spalono czarownic w Gdyni.... :)
Zapiski z ksiąg rachunkowych miasta Chełmna, dotyczące
wydatków związanych z więzieniem, badaniem, sądzeniem
i paleniem na stosie czarownic.
Dryg,: Arch, Tor" 322, nr 502, 506 522 (oryginał w języku polskim),
1638, 17 VII - Na koszule, za płótno dla jednej białogłowy, która była podejrzana o czary - fl. 1 gr. 5
30 VII - Ogrodnikom od rąbania drew dla czarownic gr 5. Za płótno do koszuli dla czarownic, od zszycia – gr. 2.
9 VIII - Zapłaciłem piwa stofów 22, co panowie ławnicy 3 wypili przy męczeniu czarownic - fl. 1 gr. 14.
13 VIII - Od oprawy lichtarza, który zepsowano przy męczeniu czarownic - gr 20.
17 VIII - Sprawcy od spalenia dziewiąci czarownic dałem fl. 6.
10 XII - Siarki wzięto do czarownic - gr 3. Płótna łokci 5 wzięto na koszulę czarownicy po gr 9 - fl. 1 gr. 15.
11 XII - Mistrzowi dałem od palenia czarownicy - fl. 12.
1639, 1 II - Zapłaciłem, co wybrano na żywienie czarownic, Rossowi 5 za: śledzie, sól, groch, kaszę, świece, masło itd. dałem fl. 12 gr. 7 aen. 6.
7 II - Chłopiętom, którzy wyjawili czarownice, na sukno
do sukienek i ubranek – fl. 11. Krawcowi od uszycia sukienek, za sznurki i haftki - fl. 1 gr.30.
13 IV - Sprawcy, iż narzekał, z woli Panów rady oddałem od tracenia czarownic fl.3
1661, 23 VII - Gdy miano męczyć czarownicę ze Starogrodu dałem cieśli, co sporządzał bal w więzieniu do męczenia gr. 24.
1684, 29 V - Za słomę do podpalania młodej czarownicy gr. 6.
6 VI - Chłopu, który od sądu miejskiego do Papowa i Kijewa ze strony Szperkowej, o czary osądzonej, z listami chodził - gr 12.
20 VI - Za 6 pęków słomy targanej do obłożenia stosu do palenia Szperkowej czarownicy dałem gr. 6.
5 IX - Rymarzowi za postronki do .czarownic brane dałem fl. 1 gr. 12.
Wynika zatem że, palenie niewiast oddających się praktykom zabronionym drogim interesem to nie było. A przy tym można było na tym korzystnie zarobić, tak że i na przyodziewek godny starczyło. Oczywiście dziś nikomu na myśl nie przychodzi by na stosie uwędzić owe niewiasty( w Polsce przynajmniej), ale czasem jak się to i owo słyszy to aż się pudełko zapałek w kieszeni odmyka. Ale dla mnie osobiście interesujący jest jeden element całego tego rachunku.Są to rachunki MIASTA, nie zaś Kościoła czy Biskupa. To dla tych co zarzucają iż inkwizycja szalała i Kościół Matka Nasza biedne Panie palił.; warto zauważyć że taką karę przewidywało za czary prawo Państwowe. I takie prawo było jak widać egzekwowane z całą surowością i skrupulatnością.
Palenie bądź co bądź zabija- i o tym pamiętajmy.
Na koniec mała refleksja -ciekawi mnie sprawa ile spalono czarownic w Gdyni.... :)
środa, 2 grudnia 2009
Tym, co żyją w ciekawych czasach.
Autor blogu Pod Mitrą podaje informację o tym jak Ordynariusz diecezji Calgary w kanadyjskiej prowincji Alberta, biskup Frederick Henry zawiesił do odwołania wszelką działalność miejscowych wspólnot skupionych wokół Mszy świętych celebrowanych w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego. Powodem tego jest oczywiście epidemia Ptasiej, Świńskiej czy jakiejkolwiek innej grypy. Każdy powód generalnie dobry. Małe są szanse by J.E bp.Frederic zajrzał na mojego skromnego bloga, jednak ku Państwa pamięci przytoczę fragment bardzo ciekawego biogramu.
Błogosławiony x. Stefan Wincenty Frelichowski. Kapłan- męczennik. Zastanawiam się co by ów czcigodny Kapłan odpowiedział, gdyby żył dziś. Ale zdaje mi się że w obozie niósł Chrystusa wszystkim, o dozownikach z wodą święconą nie słyszał, podobnie jak o komunii na rękę. Ale co robić- czasy mamy teraz arcyciekawe.
Chrystus jest życiem. Myślę że trzeba by o tym przypomnieć tak Ordynariuszowi diecezji Calgary, jak i co najmniej kilku kapłanom w Polsce. Odrobinę wiary..
,,W grudniu 1940 r. został przewieziony do obozu w Dachau, który stanowiło główne skupisko duchowieństwa z całej Europy, szczególnie z Polski. Pomimo ekstremalnych warunków pełnił nadal posługę kapłańską. Organizował wspólne modlitwy, spowiadał, sprawował potajemnie Msze św. i rozdzielał Komunię św.
Na przełomie 1944/45 w obozie wybuchła epidemia tyfusu. Władze obozowe nawet nie próbowały z nią walczyć; poprzestały na odizolowaniu zarażonych baraków, ogrodzeniu ich drutem kolczastym i postawieniu straży. Ks. S. W. Frelichowski zaangażował się w pomoc chorym, udało mu się także zachęcić do tego 32 innych kapłanów.
Podczas udzielania tej dobrowolnej pomocy chorym współwięźniom sam zaraził się tyfusem plamistym, który w połączeniu z zapaleniem płuc, doprowadził w dniu 23 lutego 1945 do jego śmierci."
Chrystus jest życiem. Myślę że trzeba by o tym przypomnieć tak Ordynariuszowi diecezji Calgary, jak i co najmniej kilku kapłanom w Polsce. Odrobinę wiary..
wtorek, 1 grudnia 2009
Uniwersytet - czyli tam gdzie nauczyłem się milczeć.
Uniwersytet Jagielloński powstał w 1364 roku z inicjatywy króla Kazimierza III Wielkiego, aby uczynić uczelnię która kształciłaby ludzi w królestwie Polskim. Jest to niewątpliwe pierwsza polska uczelnia wyższa. I sprawa ta nieprędko miała się zmienić.
Mało kto jednak wie że w Państwie Zakonnym, także edukacja nie szła w las. Oto krzyżakom także potrzebna była wykształcona administracja. Ta, która przybywała z Niemiec nie była wystarczająca na potrzeby Zakonu. Dlatego też Wielki Mistrz wystąpił do Papieża o pewien przywilej który poniżej cytuję:
AKT ZAŁOŻENIA UNIWERSYTETU W CHEŁMNIE (1386)
Genua, 9 II 1386
Dokument wystawiony przez papieża Urbana VI.

Druk.: Urkundenbuch des Bisthums Culm, wyd, C. P. Woelky, t. I, Danzig 1884. nr 369 (tłumaczenie z łaciny).
Cóż- wobec komplikacji dziejowych i politycznych niestety idea ta nie znalazła odbicia w rzeczywistości. A szkoda- bo kto wie jak wtedy potoczyła by się historia naszego kraju. Warto jednak pamiętać że to miasto, dziś niemal nieobecne, ciche, w którym w wielu kościołach hula wiatr, miało stać się jednym z najważniejszych ośrodków intelektualnych nad Bałtykiem. Pamiętajmy o tym szczególnie dziś gdy na każdym niemal rogu sprzedawane są przez uczelnie dyplomy magistra, licencjata czy inżyniera; Pamiętajmy w czasach gdy biolog może być księgowym, historyk managerem, a teolog sprzedawcą..; były czasy gdy istniały uniwersytety które nie instruowały a kształciły. Nie były tylko 5-cio letnimi miejscami gdzie przez chwilę kserowało się notatki od kolegi, ale były prawdziwymi świątyniami nauki. Szkoda że czasy te minęły.
Mało kto jednak wie że w Państwie Zakonnym, także edukacja nie szła w las. Oto krzyżakom także potrzebna była wykształcona administracja. Ta, która przybywała z Niemiec nie była wystarczająca na potrzeby Zakonu. Dlatego też Wielki Mistrz wystąpił do Papieża o pewien przywilej który poniżej cytuję:
AKT ZAŁOŻENIA UNIWERSYTETU W CHEŁMNIE (1386)
Genua, 9 II 1386
Dokument wystawiony przez papieża Urbana VI.
Druk.: Urkundenbuch des Bisthums Culm, wyd, C. P. Woelky, t. I, Danzig 1884. nr 369 (tłumaczenie z łaciny).
Urban VI biskup, sługa sług Bożych ,na wieczną pamiątkę...
Jako że niedawno do nas nadeszło przedłożenie, iż mistrz i bracia zakonni [którzy] nie tylko ku pożytkowi i pomyślności tejże Rzeczypospolitej oraz mieszkańców ziem ich podległych,
lecz także do tego celu i pobliskie obszary mają chwalebnie na uwadze, w ich mieście Chełmnie, diecezji chełmińskiej, jako znaczniejszym i bardziej do tego odpowiednim i dogodnym, w którym i powietrze umiarkowaniem się odznacza, żywności obfitość i innych rzeczy do potrzeb ludzkich należących mnogość się znajduje, bardzo pragnęliby utworzenia i urządzenia przez Stolicę Apostolską s t u d i u m g e n e r a l n e g o z wszelkimi dozwolonymi fakultetami, aby tam wiara się rozszerzała, uczyli się prostaczkowie, prawość była zachowana, praworządność kwitła, oświecały się umysły, a rozumy ludzkie jaśniały. Gorąco pragniemy, aby miasto wyżej wymienione, tak byto darami nauk zdobne, iżby wydawało mężów odznaczających się dojrzałością rozumu, cnotami uwieńczonych,w różnych zasadach nauk wyuczonych i aby tam istniało orzeźwiające źródło nauk, z którego obfitości czerpaliby wszyscy, pragnący się wiedzą napoić. To wszystko przeto, po pilnym zbadaniu rozważywszy, a zwłaszcza dogodność wspomnianego miasta, które dla pomnożenia nasienia zdrowej nauki i wyhodowania zbawiennej latorośli, wedle mniemania bardziej stosowne będzie i dogodne spośród innych miejscowości i miast, władzy wyżej wspomnianych mistrza i braci zakonnych podległych, i to nie tylko dla tegoż miasta, lecz i dla okolicznych mieszkańców korzyści, ojcowskimi uczuciami przejęci, do tychże wspomnianych mistrza i braci zakonnych z tych okolic próśb się przychylając, na chwałę imienia boskiego i dla rozkrzewienia prawdziwej wiary, mocą władzy apostolskiej postanawiamy i zarządzamy, aby w tym mieście istniało studium generalne na wzór studium bolońskiego, i aby ono po wieczne czasy tamże rozkwitało tak w teologii, jako też i w jakichkolwiek innych dyscyplinach, aby nauczający i studiujący tymże wszystkimi przywilejami, swobodami i immunitetami byli .obdarzeni i z nich korzystali, jak korzystają z przyznanych im magistrowie teologii i doktorowie nauczający oraz studiujący a przebywający w onym studium bolońskim. I ażeby ci, którzy z biegiem czasu zasłużą na odznaczenie na tym fakultecie, na którym studiowali, otrzymali zezwolenie na nauczanie, aby innych uczyć mogli i zaszczytną godność magistra lub doktora nadawać mogli i to tego fakultetu, na którym egzamin będzie się odbywał. Ci zaś, którzy by w tym studium złożyli egzaminy i uznani zostali za zdolnych, aby zezwolenie- nauczania i taką godność uzyskali, jak powiedziano, iżby na podstawie tego egzaminu i uznania wykładać i nauczać mogli tak w wyżej wymienionym mieście, jak i w innych studiach generalnych, w których wykładać i nauczać by pragnęli, o ile to nie sprzeciwiałoby się postanowieniom i zwyczajom zatwierdzonym przez władzę apostolską, aby pełną i swobodną mieli możność. Przeto nikomu nie wo1no sprzeciwiać się naszemu postanowieniu i zarządzeniu na tym piśmie lub ośmielić się nierozważnie mu przeciwdziałać .
Dane w Genui 9 lutego 1386 r.
Cóż- wobec komplikacji dziejowych i politycznych niestety idea ta nie znalazła odbicia w rzeczywistości. A szkoda- bo kto wie jak wtedy potoczyła by się historia naszego kraju. Warto jednak pamiętać że to miasto, dziś niemal nieobecne, ciche, w którym w wielu kościołach hula wiatr, miało stać się jednym z najważniejszych ośrodków intelektualnych nad Bałtykiem. Pamiętajmy o tym szczególnie dziś gdy na każdym niemal rogu sprzedawane są przez uczelnie dyplomy magistra, licencjata czy inżyniera; Pamiętajmy w czasach gdy biolog może być księgowym, historyk managerem, a teolog sprzedawcą..; były czasy gdy istniały uniwersytety które nie instruowały a kształciły. Nie były tylko 5-cio letnimi miejscami gdzie przez chwilę kserowało się notatki od kolegi, ale były prawdziwymi świątyniami nauki. Szkoda że czasy te minęły.
poniedziałek, 30 listopada 2009
Budujemy Bogu dom, budujemy nowy dom...- czyli ANTY-bunkier
Budujemy Kościół przy Instytucie Różańcowym pod wezwaniem Królowej Różańca św.
W dalszym rozwinięciu swej działalności, Instytut Różańcowy w Toruniu
podjął projekt budowy własnej kaplicy dla zakładów, które są przewidziane
przy Instytucie Różańcowym jak: Sierociniec z Zakładami rzemieślniczo-wychowawczymi, wytwórnia dewocjonaliów itp.Znalazł się nawet Szlachetny Fundator, który, doceniając doniosłość akcji podejmowanej przez Instytut Różańcowy oraz wczuwając się w potrzebę pobudowania świątyni przy Instytucie Różańcowym, zadeklarował na ten cel poważną ofiarę: 60.000 zł.Projekt budowy kaplicy na potrzeby Instytutu Różańcowego RadaMiejska m. Torunia potraktowała życzliwie, ofiarowując przepiękny plac pod budowę, tuż obok Instytutu Różańcowego, ale z zastrzeżeniem, żeby to nie była mała kaplica, ale raczej kościół, dostosowany nie tylko dla potrzeb Instytutu Różańcowego, ale zarazem dla okolicznej ludności, pozbawionejdotąd Świątyni w tej dzielnicy, zbyt oddalonej od kościołów w śródmieściu.Zastrzeżenie to trzeba uznać za słuszne, tym bardziej, że świątynia ta ma oprócz tego służyć, jako pomocnicza i dla potrzeb armii. Tu bowiemmają być odprawiane nabożeństwa polowe, w związku z otwarciem - tuż obok Instytutu - olbrzymiego placu rewij wojskowych. Chętnie też korzystałoby z kościoła tego wojsko, zwłaszcza oddziały wojsk lotniczych i pułk ciężkiej artylerii, oraz formacje saperskie, które obecnie muszą odbywać zbyt uciążliwą drogę do kościoła garnizonowego, oddalonego około trzy kilometry. Wobec tego jednak trzeba było plany kościoła odpowiednio rozszerzyć i nadać charakter budowy monumentalnej.
Plany już są przygotowywane.A skąd środki na to?Środki na budowę tej świątyni znajdą się z całą pewnością!Pod tym względem musimy być idealistami, a nie zbytnimi realistami...
Budowa wszystkich kościołów, nawet najwspanialszych świątyń, rozpoczynała się nie od gotówki już z góry przeznaczonej...
Znajdą się środki z tego samego źródła, z którego znalazła się i ta pierwsza deklaracja 60.000 złotych na ten cel.Ufamy w cudowną pomoc Naszej Pani, bylebyśmy tylko godnymi i szczerymi Jej sługami byli.
Znajdą się dusze szlachetne nie tylko w Toruniu, ale i poza Toruniem- w Polsce i zagranicą, które swą miłość dla Królowej Polski - będą chciały okazać.Znajdą się szlachetne dusze, które w tym przeświadczeniu, że kto na ziemi buduje Dom Bogu, to sobie zapewnia miejsce w niebie, nie poskąpią
na ten cel ofiar ze szczerego swego serca. Znajdą się ludzie, którzy, w zrozumieniu dotychczasowych wysiłków Instytutu Różańcowego, zechcą przyjść z pomocą, aby w ten sposób powstał tu poważny ośrodek - z zasięgiem na całą Polskę - tej pracy oddany, której zaczątki wprawdzie, ale już tak pomyślnie się rozwijają. Ze swej strony chcemy wszystkie nasze siły i środki temu celowi po-
święcić! Prosić będziemy o pomoc z nieba i od ludzi dobrej woli. Tak nam dopomóż Bóg!
Największą zachętą i bodźcem w tych początkowych naszych wysiłkach
do zrealizowania powyższego Dzieła Bożego jest życzliwe poparcie ze strony
J. E. Ks. Biskupa Dr. Stanisława W. Okoniewskiego, który w dn. 5. III. 1938 r.
raczył nam udzielić na te prace swoje Arcypasterskie błogosławieństwo,
przesyłając te słowa:
"Błogosławię całą duszą sprawie budowy kościoła dla Instytutu Różańcowego, który to kościół będzie służył zarazem potrzebom armii naszej".
+ Stanisław Wojciech Okoniewski
bp. Chełmiński
Pelplin, dnia 5 marca 1938 r.
Kalendarz Katolicki Wielkiego Pomorza 1939,Wydawnictwo Instytutu Różańcowego, Toruń 1939.
Dziś planowana jest także w Toruniu budowa nowego Kościoła. Zainteresowani wiedzą o co chodzi. I który ładniejszy. :)
piątek, 27 listopada 2009
Ogarek Panu Bogu......[rzecz o oo. Bernardynach Toruńskich]
I znów powrót do miejsca narodzin. Kościół Mariacki w Toruniu. Zbudowany uporem, wytrwałością, rękoma torunian. Poświęcony Najświętszej Marii Pannie Niepokalanie Poczętej. Wiara spleciona z czynem. Przez kilkaset lat ten niezwykły Kościół był miejscem kultu luterskiego. Dopiero wydarzenia Tumultu Toruńskiego doprowadziły do zwrotu tej czcigodnej Świątyni z powrotem dla oddawania chwały Bogu. Kościół zwrócono Ojcom Bernardynom. Ci Mnisi znani byli ze swej skrupulatności, czego dowodem jest zachowana kronika oo.Bernardynów.
Wskutek tumultu toruńskiego r. 1724 kościół i klasztor dostał się znowu Franciszkanom, i to Obserwantom, nazywanym w Polsce Bernardynami. Objęcie to powtórne konwentu toruńskiego obchodzono przez zakon z wielką uroczystością, jak świadczą współczesne zapiski zakonne. Sam konwent wyniesiono na trzecie miejsce w prowincji po obu kustodiach w Warszawie i Poznaniu i umieszczono w nim studium zakonne filozoficzne. Wówczas także powstała nasza kronika. Autorem jej jest ówczesny chronolog prowincji o. Jan Kamieński. Pierwszy raz spotykamy go w roku 1700 jako rezydenta, to znaczy studenta w Rzymie. Miał wówczas lat dwadzieścia kilka i był diakonem. Urodził się zatem między rokiem 1675 a 1680. Pobyt tamtejszy trwał lat trzy, w ciągu których otrzymał święcenia kapłańskie. Po ukończeniu studiów rzymskich powrócił do kraju i objął stanowisko lektora filozofii r. 1703.Brak wiadomości gdzie uczył filozofii brać zakonną. Studia filozofii istniały podówczas w Bydgoszczy, Łowiczu i Warcie. W jednym z tych konwentów o. Kamieński rozwijał swoją działalność.Do ułożenia kroniki konwentu toruńskiego, o. Kamieński przystępował także z pewnymi tendencjami apologetycznymi. Zależało mu,aby jak otrzymano toruński, tak odzyskać także inne konwenty pruskie, pozostające jeszcze w posiadaniu luteranów, przede wszystkim wspaniały klasztor gdański. Dalej chodziło mu o to, aby te domy uzyskać dla Bernardynów, nie zaś dla współzawodniczących z nimi Franciszkanów konwentualnych lub Reformatów.
"Archivium Conventus Thorunensis" obejmuje dwa tomy. Nie stanowi jednak jeden tom dalszego ciągu tomu drugiego, tylko są to dwie redakcje tego samego tekstu.
Tekst toruńskiej kroniki urywają się stosunkowo wcześnie, na dłuższy czas przed upadkiem klasztoru. Tłumaczy się to smutnymi dziejami konwentów bernardyńskich i w ogóle klasztorów pod rządami pruskimi, przy czym należy wziąć pod uwagę, że prowincja traciła żywotność organizacji na dość długo przed ostatecznym upadkiem poszczególnych klasztorów, skazanych na wymarcie. Tak jedna redakcja naszej kroniki kończy się na r. 1753, wzgl. 1781, gdy sam klasztor istniał jeszcze do. r. 1821.
7 grudnia 2009 minie 285 lat od tych wydarzeń. Z tego, co mi wiadomo w Kościele WNIEBOWZIĘCIA NAJŚWIETNIEJ MARII PANNY w Toruniu nie są planowane tego dnia żadne szczególne uroczystości. A już na pewno nie dziękczynny ,,śpiew Te Deum i Salve Regina", zabraknie Mszy Solennej i procesji. Jestem jednak całkowicie pewien że nie zabraknie natomiast ,,apelu duchów" oo.Bernardynów których kości, zebrane do krypty pod ołtarzem oczekują w tym niezwykłym Adwencie na przyjście Tego któremu ślubowali posłuszeństwo. W Którego szeregach walczyli ze światem.Kościół Walczący w pełnym tego niezwykłego słowa znaczeniu.
Będę wdzięczny jeśli ktoś z czytelników pomyśli tego dnia o tych wiernych, braciach mniejszych którzy tak pięknie wyposażyli Świątynię, których paramenty do dziś są używane w liturgii, i westchnie do Boga za ich dusze. Bo bracia Ci potrafili rozmawiać z Bogiem, o czym dalej mówi kronika:
R.I.P . Bo wielu nieznanych nam świętych modliło się w tej świątyni!
Wskutek tumultu toruńskiego r. 1724 kościół i klasztor dostał się znowu Franciszkanom, i to Obserwantom, nazywanym w Polsce Bernardynami. Objęcie to powtórne konwentu toruńskiego obchodzono przez zakon z wielką uroczystością, jak świadczą współczesne zapiski zakonne. Sam konwent wyniesiono na trzecie miejsce w prowincji po obu kustodiach w Warszawie i Poznaniu i umieszczono w nim studium zakonne filozoficzne. Wówczas także powstała nasza kronika. Autorem jej jest ówczesny chronolog prowincji o. Jan Kamieński. Pierwszy raz spotykamy go w roku 1700 jako rezydenta, to znaczy studenta w Rzymie. Miał wówczas lat dwadzieścia kilka i był diakonem. Urodził się zatem między rokiem 1675 a 1680. Pobyt tamtejszy trwał lat trzy, w ciągu których otrzymał święcenia kapłańskie. Po ukończeniu studiów rzymskich powrócił do kraju i objął stanowisko lektora filozofii r. 1703.Brak wiadomości gdzie uczył filozofii brać zakonną. Studia filozofii istniały podówczas w Bydgoszczy, Łowiczu i Warcie. W jednym z tych konwentów o. Kamieński rozwijał swoją działalność.Do ułożenia kroniki konwentu toruńskiego, o. Kamieński przystępował także z pewnymi tendencjami apologetycznymi. Zależało mu,aby jak otrzymano toruński, tak odzyskać także inne konwenty pruskie, pozostające jeszcze w posiadaniu luteranów, przede wszystkim wspaniały klasztor gdański. Dalej chodziło mu o to, aby te domy uzyskać dla Bernardynów, nie zaś dla współzawodniczących z nimi Franciszkanów konwentualnych lub Reformatów.
"Archivium Conventus Thorunensis" obejmuje dwa tomy. Nie stanowi jednak jeden tom dalszego ciągu tomu drugiego, tylko są to dwie redakcje tego samego tekstu.
Tekst toruńskiej kroniki urywają się stosunkowo wcześnie, na dłuższy czas przed upadkiem klasztoru. Tłumaczy się to smutnymi dziejami konwentów bernardyńskich i w ogóle klasztorów pod rządami pruskimi, przy czym należy wziąć pod uwagę, że prowincja traciła żywotność organizacji na dość długo przed ostatecznym upadkiem poszczególnych klasztorów, skazanych na wymarcie. Tak jedna redakcja naszej kroniki kończy się na r. 1753, wzgl. 1781, gdy sam klasztor istniał jeszcze do. r. 1821.
1724. Od południa tegoż dnia 7. grudnia w wigilję Niepokalanego Poczęcia zebrali się nasi bracia w liczbie około 60 z sąsiednich konwentów wraz z prowincjałem. Zebrało się także bardzo wielu szlachty polskiej. Przez szereg uzbrojonych paradnie żołnierzy, w dwa rzędy ustawionych, z uroczystą pompą wśród radosnych okrzyków triumfujących katolików wprowadzono nas do kościoła naszego NMP. od ratusza prostą drogą. Wyzńaczeni w tym celu specjalnie deputaci oddali klucze w ręce prowincjała w pośrodku kościoła i wyrzuciwszy z konwentu gimnazjum akatolickie oddali konwent z oficynami i dziedzińcem w spokojne posiadanie naszych braci Bernardynów na większą chwałę Bożą i wieczystą cześć NMP. i WWSS... W tej introdukcji wzięli udział krom mnóstwa osób świeckich także bracia nasi Dominikanie filadelfi, wielebni 00. Tow. jez. i niektórzy nasi bracia Reformaci. Odprawiwszy zwykłe dziękczynienia przez Te Deum i Salve Regina w tymże kościele, akt ten spokojnie ukończyli. [...]Nazajutrz po rekoncyljacji kościoła i klasztoru, dokonanego przez sufragana i oficjała chełmińskiego Szczukę według obrzędu rzymskiego, bracia nasi obyczajem zakonnym obchodzili to uroczyste święto mszą solenną, kazaniami, wystawieniem N. Sakramentu, procesjami i zwykłem i nabożeństwami przez całą oktawę.
Dopomagali im w nabożeństwach, kazaniach i słuchaniu spowiedzi gorliwie 00. jezuici z kolegjum toruńskiego i wielu świeckich księży, przybyłych z różnych miejscowości na wznowienie czci NMP. w tern miejscu, przez heretyków zabranem. Dziwnym sposobem, dusze wiernych pohudzali do gorliwości i radości duchowej, podczas gdy innowierczy obywatele toruńscy chyłkiem zgrzytali zębami, nie posiadając się z wściekłości i zazdrości."( Pisownia w miarę możliwości kopisty oryginalna- przyp.autor bloga)
7 grudnia 2009 minie 285 lat od tych wydarzeń. Z tego, co mi wiadomo w Kościele WNIEBOWZIĘCIA NAJŚWIETNIEJ MARII PANNY w Toruniu nie są planowane tego dnia żadne szczególne uroczystości. A już na pewno nie dziękczynny ,,śpiew Te Deum i Salve Regina", zabraknie Mszy Solennej i procesji. Jestem jednak całkowicie pewien że nie zabraknie natomiast ,,apelu duchów" oo.Bernardynów których kości, zebrane do krypty pod ołtarzem oczekują w tym niezwykłym Adwencie na przyjście Tego któremu ślubowali posłuszeństwo. W Którego szeregach walczyli ze światem.Kościół Walczący w pełnym tego niezwykłego słowa znaczeniu.
Będę wdzięczny jeśli ktoś z czytelników pomyśli tego dnia o tych wiernych, braciach mniejszych którzy tak pięknie wyposażyli Świątynię, których paramenty do dziś są używane w liturgii, i westchnie do Boga za ich dusze. Bo bracia Ci potrafili rozmawiać z Bogiem, o czym dalej mówi kronika:
R. 1734. Grzegorza Zacharyaszewicza, obywatela i kupca tegoż miasta, syndyka naszego, synek pierworodny śmiertelnie zachorował. Opuścili go już doktorzy odchodząc od dziecka. Zasmuceni rodzice, widząc dziecko już konające z bólem rodzicielskiego serca myśleli o pogrzebie. Wtedy kum matki Szwarc innowierca polecił im, aby jeszcze wezwali pomocy Boskiej za przyczyną braci naszego konwentu. Na życzenie rodziców odśpiewali bracia solennie responsorjum do św. Antoniego.Chore dziecko, miane już za umarłe, ku zdumieniu obecnych, zaczęło płakać i wyzdrowiało, Uradowani rodzice na podziękowanie podarowali srebrne wotum do św. Antoniego.
R.I.P . Bo wielu nieznanych nam świętych modliło się w tej świątyni!
poniedziałek, 23 listopada 2009
Ostatni będą pierwszymi,a pierwszy...błogosławionym!!- rzecz o bł. Janie z Łobdowa
Jednym z pierwszych ojców franciszkanów którzy służyli swą modlitwą ludowi Torunia był skromny zakonnik Jan. Określany w licznych źródłach jako „Johannes Lobedau”, „Lobedanus”, „Jan Pruthenus” albo po prostu „Jan z Torunia”. Żył on w XIII stuleciu. Data jego urodzin jest niestety nam znana.rzydomek „de Lobedau”, według wielu badaczy jest interpretowany jako miejsce skąd pochodził wspomniany Jan (Łobdowo k. Brodnicy). Jednocześnie nie wyklucza się, że jest to też jego nazwisko rodowe. Sprawa jednak nie jest prosta, gdyż część historiografów wskazuje na jego mieszczańskie pochodzenia (z Torunia), inni natomiast twierdzą, że pochodził z Niemiec. Nie wykluczona jest również hipoteza, że Jan był potomkiem kolonizatorów niemieckich, którzy przybyli pod Brodnicę w ramach szerokiej akcji osadniczej określanej jako „Ostkolonisation”. Tym bardziej, że przydomek "z Torunia", nadany mu przez barokową hagiografię wskazuje jedynie na fakt przebywania w roli zakonnika w klasztorze franciszkanów toruńskich. Z pewnością bowiem można zaliczyć Jana do założycieli tego klasztoru z około 1239 r. jak pisze o Janie Profesor Wiesław Sieradzan. Krótko po tej dacie osiadł on jednak w klasztorze franciszkanów chełmińskich, który podobnie jak toruński należał wówczas do prowincji polsko-czeskiej. Od ok. 1274 r. oba klasztoru zostały wcielone do prowincji saskiej, co umocniło w nich żywioły niemieckie. Stan ten trwał aż do drugiej połowy XVI w., kiedy powstała polska prowincja franciszkanów. W klasztorze chełmińskim piastował urząd lektora, ale jednocześnie był cenionym kaznodzieją, i jak głosi legenda spowiednikiem bł. Juty, o której pewnie jeszcze nie raz wspomnę w moich pismach. W klasztornej celi zakonnika miał podobno miejsce cud objawienia się Matki Boskiej. Jak pisał biograf zakonnika- Fryderyk Szembek SJ-
,,Przyjemne było Panu takie nabożeństwo Janowe i chcąc mu to oświadczyć pokazał się jemu kilkakroć w takiej postaci małej na ręce Matki swej przeczystej. Podczas którego widzenia słuchali zakonnicy inni bracia, przez drzwi celi Janowej, rozmowy z niem błogosławionej tejże Panny i głos białogłowski znając, dziwowali się coby to było. Jednak dla jego świętobliwości perswadować sobie nie mogli, aby tam białogłowa być miała.[...] Gdy bowiem czasu jednego, nie tylko głos białogłowski, ale też płacz dziecieński, jawnie w celi jego zawartej, usłyszeli ciże zakonnicy[...] już o nim rozumiejąc, do niego we drzwi mocno zakołatali, a gdy otworzyć nie chciał, gwałtem dobyli. Ale wszędy z podziwieniem swym wielkim nic nie naleźli, jeno wielki, jakoby rzezawny obraz Ukrzyżowanego Zbawiciela, na którym tak było miekkie ciało jako u prawdziwego człowieka. Tak zapytany Jan od starszego, aby szczerze odpowiedział jak było, posłuszeństwem przyciśniony zeznał, że się Jemu Pan w osobie małego Dzieciątka[...] z matką Jego piastującą pokazał."
W czasie licznych ekstaz Jan miał rozmawiać i oglądać też Jezusa w postaci ogrodnika oraz pielgrzyma. Trzeba także przypomnieć,że Jan należał do mnichów, jak na owe czasy dobrze wykształconych. Był bowiem lektorem teologii w klasztorze chełmińskim i najprawdopodobniej posiadał doktorat teologii. Fakt ten uwiarygodnia średniowieczna i klasycystyczna ikonografia, na której Jan był przedstawiany w birecie doktorskim.
Jan zmarł w opinii świętości 9 października 1264 roku.Po śmierci ciało jego spoczywało w kościele franciszkańskim św. Jakuba w Chełmnie tuż przy głównym ołtarzu w trumnie ozdobionej złocistymi gwiazdami. Wokół grobu rozwinął się wkrótce kult śród wiernych, którzy modlili się o łaski i dziękowali za nie. Nie wszczęto jednak starań o ewentualną beatyfikację zakonnika, co mogło wypływać ze znanej niechęci Krzyżaków do zbytniego preferowania struktur różnych kongregacji w swoim władztwie. W późnym średniowieczu i na początku czasów nowożytnych kult niewątpliwie zanikł, nie znajdując wsparcia ze strony kolejnych biskupów chełmińskich.
Ponadto herezja protestancka nie oszczędziła grobu zmarłego zakonnika- Trumnę Jana rozbito, po uprzedniej kradzieży krat, zaś kości stały się zabawką w ręku protestanckich studentów Akademii Chełmińskiej, którzy zamieszkiwali w opustoszałym klasztorze.Jednak po każdej z tych ,,zabaw" znajdowano na powrót kości złożone w janowym grobowcu. Początkowo brano to za cud, jednak potem przyłapano chorego psychicznie nijakiego Gorczyca z Lubawy, byłego pisarza biskupiego z zamku w Starogardzie, który nie tylko mył kości, ale też, sądząc że są niekompletne, uzupełniał innymi, przyniesionymi z przykościelnego cmentarza. Takim jednak działaniem poważnie zaszkodził relikwiom, gdyż zaczęto kwestionować ich autentyczność. W rezultacie, by zamknąć dyskusję, relikwie pogrzebano pod posadzką Kościoła.
Reaktywowanie czci oddawanej Janowi z Łobdowa nastąpiło dopiero na początku XVII w. Ograniczał się on do mieszkańców Chełmna i żeglarzy. Według ówczesnych przekazów wierni zaczęli domagać się wszczęcia poszukiwań grobu zakonnika. W r. 1610 przybyła do klasztoru chełmińskiego grupa żeglarzy protestanckich (a więc nie uznających kultu świętych!), którzy opowiadali, że ukazał się im podczas burzy na morzu Jan z Łobdowa niosąc im ocalenie. Miał on im nakazać odbycie pielgrzymki do swojego grobu w Chełmnie. Dzięki temu Jan z Łobdowa uchodził przede wszystkim za patrona żeglarzy, którzy płynąc Wisłą do Gdańska zatrzymywali się przy jego relikwiach. Sami żeglarze mówili o jego pomocy z wielkim przejęciem. Często bowiem w mroku pochmurnych nocy i podczas burzy, gdy zagrażało im niebezpieczeństwo, zanosili modlitwy do swego patrona, a wtedy byli cudownie ratowani z opresji. W ciemnościach, gdy groziło rozbicie statku, sam Łobdowczyk ukazywał się z wielkim światłem i prowadził ich bezpiecznie do portu. Stąd też od tej pory bł. Jan był malowany na obrazach z pochodnią w ręku.
Realizując wolę wiernych tamtejszy gwardian o. Jan Ewangelista, rozpoczął poszukiwania grobu Łobdowczyka. W jednej z mogił znaleziono wówczas szczątki kostne, które uznano wkrótce jako relikwie Jana i przeniesiono je na inne miejsce. Autorytatywne potwierdzenie autentyczności relikwii nastąpiło jednak dopiero w 1627 r. Wówczas to 10 września jezuita Fryderyk Szembek, przybył do klasztoru w Chełmnie celem zbadania relikwii. W obecności o. Pawła Zabłockiego i o. Daniela jezuita stwierdził autentyczność szczątków i ponownie złożył je do grobu. W r. 1638 badano relikwie ponownie. Przesłuchanie licznych świadków oraz dyskusja teologów pozwoliła 31 października tego samego roku biskupowi chełmińskiemu Janowi Lipskiemu na ogłoszenie dekretu „Manus episcopale” o legalności publicznego kultu Jana z Łobdowa( za zgodą Ojca Świętego Urbana VIII). Od tego czasu można było corocznie, dnia 9 października odprawiać ku czci Jana wotywę o Trójcy Najświętszej. Wspomniany biskup ufundował ponadto drewniany ołtarz o bogatej, złotej ornamentyce, a w nim obraz świętobliwego franciszkanina pędzla Jana Haka z Chojnic. Kolejne podniesienie relikwii Jana z Łobdowa nastąpiło 10 lutego 1688 r., kiedy to przeniesiono relikwie do grobu w ścianie po stronie lekcji obok głównego ołtarza. W XVIII w. Czyniono próby przeprowadzenia oficjalnej beatyfikacji Jana w kurii papieskiej. Najpierw zajmował się tym biskup chełmiński Wojciech Leski , a w okresie poprzedzającym I rozbiór Polski także polska prowincja franciszkanów. Kres tym staraniom przyniosły dalsze wydarzenia polityczne, jak również kasata klasztoru chełmińskiego przez rząd pruski. Po tym fakcie z r. 1806 przeniesiono relikwie do kościoła farnego w Chełmnie.Po II wojnie światowej sprawą zajął się biskup chełmiński Kazimierz Kowalski, który polecił w 1948 r. przenieść szczątki Jana do ołtarza Wincentego a Paulo w kościele SS. Miłosierdzia w Chełmnie. W świątyni tej relikwie te spoczywają do dziś.
Być może warto, z uwagi na życie i interesujące cechy pobożności związanej z tym zapomnianym franciszkaninem z ziemi chełmińskiej, reaktywować jego kult oraz ponownie rozważyć sprawę beatyfikacji już w ramach nowej diecezji toruńskiej. W tym momencie świątynia WNMP w Toruniu zyskałaby już drugiego błogosławionego w swych dziejach. Przywrócić kult nie jest łatwo- jednak jeszcze trudniej być błogosławionym jak Jan.
Trzeba jednak pamiętać że taki kult byłby krokiem by z świątyni Mariackiej uczynić BAZYLIKĘ. Toruń wraca do swoich średniowiecznych korzeni- czas też przypomnieć więc postać pierwszych franciszkanów. Ku chwale ich ojca- świętego Franciszka, a także św. Maksymilian Maria Kolbego, który był gorliwym czcicielem Łobdowczyka i za honor poczytywał sobie iż w tym Kościele,w którym Mszę odprawiał Jan, On również mógł tę samą ofiarę złożyć Bogu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


